"Gdy nadejdzie mrok..."
~ A czasem w jakiejś starej księdze
coś niepojętego jest podkreślone.
Byłeś tam kiedyś, lecz dokąd umknąłeś? ~
Rainer Maria Rilke
Obcasy na brukowanych alejkach ogromnej posiadłości, wystukiwały rytm jakiejś żałobnej melodii. Słońce na włoskiej wyspie świeciło, ogrzewając ten malutki, pełen drzewek oliwnych i winogron, światek.
Tylko ta właścicielka obcasów, kompozytorka tej smutnej melodii, z wiolonczelą pod pachą, zdawała się tu nie pasować. Ale było tu coś, co sprawiało, że równocześnie stawała się nieodłącznym elementem tego krajobrazu.
Kobieta poprawiła czarny kapelusz, typowy dla szefów gangów z tych amerykańskich filmów. Szepcząc coś, sama do siebie, dalej przemierzała ogromny ogród.
Nie da się ukryć, że wyglądała perfekcyjnie. W tym czarnym płaszczu z dwoma rzędami guzików, zapięta pod samą szyję. Na czarnych butach trudno byłoby się dopatrzeć się choćby drobinki kurzu.
Ale wyglądała smutno, tak przeraźliwie smutno.
Był to rodzaj smutku, którego nikt nie chciałby doświadczyć. Smutek zrodzony w środku, nie spowodowany, przez osoby trzecie, przyjaciela, wroga, rodzinę, ale przez samego siebie. Melancholia, lakoniczne życie... I nuda - przede wszystkim nuda.
W jej życiu nuda odgrywała większą rolę, niż ktokolwiek mógłby się domyślić. Nuda kierowała jej decyzjami, powoli przeżerała mózg, robiąc z niego nic niewartą, gorzką papkę beznadziei.Powodem, dla którego tu była, również była nuda. Ale teraz ma być ciekawie...
Ona wiedziała, że będzie ciekawie...
Zachichotała na samą myśl o skutkach swojej decyzji. Nie znała ich, a to ekscytowało ją jeszcze bardziej. Miała świadomość, że one będą straszne. Ale nie dla niej, tylko dla kogoś innego, kogoś zupełnie innego.
Tanecznym krokiem weszła na werandę marmurowej posiadłości. Odruchowo pogłaskała łeb kamiennego gargulca, który zdawał się być strażnikiem tego domostwa. Twarz rzeźby była wykrzywiona w okrutnym grymasie, a kamień zmurszały, porośnięty mchem.
- Śliczne...- szepnęła.
Urzekała ją brzydota. Nieznosiła piękna - brzydotę kochała. Bo to, co brzydkie jest piękne, naturalnie piękne.
Nienawidziła więc również siebie. Nie chciała wyglądać tak, jak wyglądała. Nie chciała sprawiać wrażenia ślicznej porcelanowej lalki o jedwabistych lokach, sprawiającej wrażenie tak kruchej, że wystarczy dotyk, aby ją stłuc. Chciała być brzydka. Tak brzydka jak jej znudzone, zepsute wnętrze.
Zapukała delikatnie w drzwi. Specjalnie. Zignorowała kołatkę i sznur od dzwonu. Gdy pukała dłonią, miała gwarancję, że nikt jej nie usłyszy. I, co z tym idzie, wymówkę, by wejść nieproszona.
Ale drzwi się otworzyły. Zirytowana wyjęła z kieszeni cygaro i zapalniczkę.
- Słucham, bella...? - męski, arogancki głos rozbrzmiał nad nią i rozniósł się echem po ogromnym holu posiadłości.
Zapaliła i włożyła do ust cygaro, po czym zgryzła nieco, aby pokazać mu, że ją denerwuje. Łaskawie obrzuciła go spojrzeniem.
Nie był brzydki, ale jakoś nie wpisywał się w typ przystojniaka. To znaczy, w zwykłym znaczeniu tego słowa. Jego srebrne czy też szare, jak kto woli, włosy były przylizane i nastroszone zarazem. Jedno oko zakrywała mu typowa piracka opaska. Właściwie, to nawet był przystojny...
Znienawidziła go od pierwszego wejrzenia.
- Zaprowadź mnie do wuja. - rzuciła mu władcze spojrzenie.
Powoli smakowała to zaskoczenie i niedowierzenie, malujące się na twarzy mężczyzny.
- Wuja...? Bella, masz na myśli...- zachłysnął się powietrzem.
- Oczywiście, że tak. - rzuciła mu pogardliwe spojrzenie. - Zaprowadź mnie do Papy.
Kobieta nazywała się Pandora Arcana.